3 sierpnia 2011

Sportowe zwiedzanie Londynu

      Przy okazji pobytu w Londynie odwiedziłem miejsca przyszłorocznych zmagań Igrzysk Olimpijskich, spojrzałem z bliska na budowane obiekty. Zapragnąłem też poczuć "zapach" jednego z najsławniejszych obiektów sportowych Anglii,  Stadionu Wembley, odnowionego od fundamentów.  Kiedy moja wycieczka na stadion londyńskiego Arsenalu nie doszła do skutku, to w zamian znalazłem się na innym piłkarskim obiekcie w stolicy Anglii, słynnej Chelsea Londyn.

Na początek trafiłem w okolice potężnego placu budowy, jakim jest dzisiaj Park Olimpijski w londyńskim Stratford. Jest to ponoć największe założenie urbanistyczne w Europie, które w roku 2012 będzie służyło sportowcom z całego świata, by później zmienić się, dzięki dodatkowym inwestycjom lub rekonstrukcjom, w wielki park urbanistyczny na obszarze 450 ha. Ta część Londynu wschodniego  jest w jakimś stopniu bardzo zaniedbaną dzielnicą, co widoczne gołym okiem, kiedy objeżdża się samochodem osobowym teren wokół budowy. Stąd zwyciężył pomysł inwestycji na tak dużą skalę w tym rejonie wielkiego miasta i nadzieja miejscowych włodarzy na zmianę wizerunku wschodniego Londynu po zakończonych igrzyskach. Wybrana lokalizacja ma się stać atrakcyjnym miejscem angielskiej metropolii, co zachęci do zamieszkania w tej części i odwiedzania w celach rekreacyjno-wypoczynkowo-kulturalno-naukowych. Gotowe budynki miasteczka olimpijskiego, gdzie przez prawie trzy miesiące będą mieszkali sportowcy – uczestnicy zmagań olimpijskich i paraolimpijskich, po igrzyskach zamienią się w mieszkania dla ponad 2800  rodzin. 1380 mieszkań zostanie sprzedanych, a ponad 1400 zostanie oddanych administracji miasta na cele mieszkań komunalnych, zaś pewna część budynków wioski olimpijskiej zostanie przeznaczona na akademiki dla 1800 studentów.
Niektóre obiekty sportowe w Parku Olimpijskim będą po prostu rozebrane po igrzyskach, a ich elementy wykorzystane do innych celów. Na przykład gotowa już Arena Basketball, gdzie będą rozgrywać swoje zawody koszykarskie reprezentacje, zostanie zdemontowana. Inne miejsca zostaną wkomponowane tak, aby ogrody i rezerwat dzikiej przyrody wtopił się w sąsiedztwo infrastruktury przeznaczonej na ścieżki rowerowe i piesze, miejsca na wspinaczkę, krykiet oraz na różnego rodzaju imprezy kulturalno-rozrywkowe, koncerty i festiwale.

Potężny plac budowy widoczny jest dla turystów z wyznaczonych ścieżek specjalnie znakowych i zabezpieczonych obsadą kilkunastu przewodników, którzy udzielają informacji o inwestycyjnych przedsięwzięciach infrastruktury olimpijskiej, zaawansowania robót i przeznaczenia obiektów po igrzyskach.  Z tych miejsc, najbliżej widoczny jest Stadion Olimpijski dla 80 tysięcy widzów, któremu brakuje jeszcze zewnętrznej pionowej dekoracji, ale oficjalnie został otwarty w marcu 2011 roku. Planuje się, iż po igrzyskach olimpijskich na stadionie zostaną przeprowadzone prace demontażowe górnych trybun i wówczas pojemność obiektu zmniejszy się do prawie 30 tysięcy widzów. Budowę stadionu rozpoczęto w kwietniu 2008 roku, oddano do użytku, ale wokół jeszcze spora ilość maszyn budowlanych, kontenerów i pracujących wykonawców. Dla porównania, Stadion Narodowy w Warszawie, dla 55 tysięcy kibiców, budowany jest od maja 2008.
Stadion Olimpijski w Londynie ma już wybranego operatora, gospodarza obiektów po igrzyskach i będzie nim klub West Ham United, który w konkursie przetargowym wygrał z mocnym konkurentem - Tottenham Londyn.
W niewielkim oddaleniu od Stadionu Olimpijskiego wznoszona jest wysoka, kręta spiralnie w górę konstrukcja, na której 27 lipca 2012 roku zapłonie znicz olimpijski. Nieco dalej widoczne są imponujące budowle zespolone w Centrum Sportów Wodnych, gdzie usytuowano olimpijskie pływalnie. Kształt zewnętrznej budowli to dwa potężne skrzydła, pomiędzy którymi imponuje dach w kształcie fali.
 
Park Olimpijski to jeszcze wielki plac budowy, ale jak informują tamtejsze media, wiele obiektów oddano przed terminem, a największe prace trwają przy budowie dróg, alejek, placów parkingowych i wewnątrz budynków przeznaczonych dla sportowców, obsługi olimpijskiej i mediów.
Oczywiście, wiele zawodów sportowych odbędzie się poza Parkiem Olimpijskim, jak choćby turniejowe mecze piłki nożnej. Te zaplanowane są w Coventry, Glasgow, Cardiff, Manchester, Newcastle oraz w Londynie na Wembley. Odwiedziłem ten ostatni obiekt. Imponuje swoją wielkością, ale zarazem prostą, chociaż nowoczesną architekturą, która wewnątrz zapewnia widzom największy luksus oglądania meczów piłkarskich. Wewnątrz obiektu, na obszarze 3480 m2, na dwóch poziomach, zainstalował swoje sale Klub im. Bobby Moore, piłkarza legendy, kapitana reprezentacji Anglii, zdobywcy Pucharu Świata w 1966 roku, zmarłego w wieku 52 lat.
Miejsce stadionu imponuje dostojnością, która dorównuje wielkim historycznym wydarzeniom futbolowym, jakie miały tu miejsce, a jest to wyjątkowa ilość wspaniałych meczów piłki nożnej, również z udziałem reprezentacji Polski.
Nie odmówiłem zaproszenia do pubu obok stadionu, aby wznieść toast kuflem z piwem na tle triumfujących angielskich piłkarzy w finale mistrzostw świata na Wembley 45 lat temu, a umieszczonych w formie zdjęciowej na jednej ze ścian restauracyjnej sali.

Aby dalej czuć smak wielkiego futbolu, w drodze powrotnej wstąpiliśmy na piłkarski obiekt Chelsea Londyn. Krótka wizyta, kilka fotek i zazdrosnych westchnień z powodów znanych polskiemu kibicowi, któremu brakuje tego, co ma angielski fan -  jakości i ilości stadionów piłkarskich, klasowych drużyn klubowych, oraz gwarancji bezpieczeństwa na meczach futbolowych. To ostatnie już dawno osiągnęło najwyższe wymagania na Wyspach Brytyjskich, a przecież w przeszłości było podobnie do naszej rzeczywistości w kraju.

17 maja 2011

Czy futbol jest sprawiedliwy?

Współzawodnictwo w zakresie kultury fizycznej, to podejmowanie rywalizacji indywidualnej lub zespołowej w ramach przestrzegania obowiązujących szeregu reguł, które mają służyć sprawiedliwej formie wyłaniania zwycięzców uprawiających sportową rywalizację w danej dyscyplinie.
Piłka nożna, dyscyplina najbardziej popularna na świecie, ma zapisanych reguł tyle, że znajomość przepisów gry nie wystarcza. Doświadczają tego na co dzień, na różnych poziomach futbolowych lig, nie tylko zawodnicy, trenerzy i sędziowie, ale i działacze klubowi. Ci ostatni muszą dostatecznie poznać zapisy regulaminowe, interpretacje, terminy, umowy, niedozwolone zachowania, znać się jeszcze na wielu innych zagadnieniach, by podołać, na przykład, wymogom licencyjnym.  O pozyskiwaniu funduszy na działalność tu nie wspomnę.
Mimo to panuje powszechna opinia, że w działaniach wokół futbolowych popełnia się nazbyt dużo błędów, tak jak o piłce nożnej mówi się, że jest grą błędów. Tych często w trakcie zawodów jest tyle, że wystarcza na długie, pomeczowe dyskusje. Jeśli w nich uczestniczą kibice przegranych, to czara goryczy przelewa się w rytmie wodospadu. Lamentuje się i wytyka błędy piłkarzom, trenerom, sędziom i działaczom również.

Gdy gra nasza narodowa, wszyscy wcielamy się w fachowców piłkarskich, a zwłaszcza wówczas, gdy wybrańcy selekcjonera dostają wciry. A przegrani, główni uczestnicy meczu, jeśli już nie chcą uznać wyższości rywala, to często uciekają się do wyświechtanych stwierdzeń - stronniczości sędziego, niepotrzebnych fauli rywali, lub gdybania, a to umiemy tworzyć z powagą. Słyszymy, że gdyby wykorzystał, lub gdyby doszło celne podanie, lub gdyby bramkarz przewidział, lub gdyby sędzia nie zauważył, lub gdyby murawa była lepsza, lub gdyby nie padał deszcz, lub gdyby mecz był w innym dniu, to by było…..
Gdy odstępujemy od gdybania, to mamy innego rodzaju wymówki. Słyszymy najczęściej krytykę pod adresem rozjemców piłkarskich. Czym liga niższa, tym wulgaryzm w kierunku sędziów bogatszy. Gdyby przyszło się z tego spowiadać grzesznikom, to kościelnemu spowiednikowi ucho nabrzmiałoby do wielkości chińskiego arbuza.
Jeśli uznajemy i słusznie, że futbol jest grą błędów, a te popełniają piłkarze na boisku i trenerzy w szkoleniu, to czemu sędzia piłkarski nie może ich popełniać w takiej proporcji, w jakiej to czynią na przykład piłkarze?.  Sędzia też człowiek.

Oglądałem już w swoim żywocie tyle meczów futbolowych i na różnych szczeblach poziomu sportowego, że mam prawo napisać o niesprawiedliwości piłki nożnej, a ilość i jakość błędów w rzemiośle piłkarskim popełnianych przez piłkarzy ma się mniej więcej w proporcji do ilości i znaczenia błędów sędziowskich.
Zdarza mi się krytykować sędziów i dostrzegam ten sam strach w ich oczach, widzę w ich zachowaniu to samo cwaniactwo, podobne złośliwości i nie rzadko niestety, również chamstwo, co u piłkarzy. Dotyczy to niedużej grupy ludzi obydwu profesji, ale jednak istnieje.  Podobne zachowania widzimy wśród obserwatorów zawodów piłkarskich – kibiców i działaczy klubowych. Jesteśmy wszyscy z tej samej „gliny” i tylko podczas meczów futbolowych różnimy się przynależnym miejscem.

Powtórzę więc, co mówimy zgodnym chórem – piłka nożna jest grą błędów, ale czy jest grą sprawiedliwą?.
O niesprawiedliwości słyszymy coraz głośniej i z coraz większym hukiem. Z tego powodu miewam strach, kiedy pomyślę, że z okazji sportowych zawodów, pod adresem innych, wyrażamy się już przy użyciu fizycznej siły. Dziś biją się kibice, zaczynają piłkarze, a już słyszy się, że też sędziowie. Co będzie jutro?
Czy nie przyjdzie nam sprawiedliwości futbolowej szukać na wokandzie sądowej, czy jednak, zgodnie z tradycją, z ostatnim gwizdkiem sędziego?  Czy, do cholery, nie może znów być tak, że  po meczu sędzia przestanie być kaloszem, drużyna przeciwna rywalem, a kibice wrogami? 
Może być, ale czy będzie, mam poważne obawy. 

24 kwietnia 2011

Korupcjogenna premia

      Do napisania niniejszego tekstu sprowokowała mnie dyskusja, jakiej byłem świadkiem podczas meczu ligowego, a toczyła się wśród kilku kibiców na trybunach. Tematem wymiany zdań była głośna sprawa ułożonych zawodów ligowych z roku 2006 pomiędzy Cracovią a Zagłębiem Lubin. Poruszył mnie komentarz jednego z dyskutantów domagający się kar dla piłkarzy, którzy odmówili wzięcia udziału w procederze przyjmowania korzyści finansowych. Za co? Za to, że nie ujawnili przestępstwa organom ścigania, a więc po zakończonym meczu.
Dla mnie, piątka piłkarzy zachowała twarz do końca i dyskusja w tej sprawie nie powinna mieć miejsca w takim wymiarze i formie, gdyż zmierzamy się z problemem trzech odmiennych zachowań.  Będziemy mieli wówczas tych co biorą, tych co donoszą i tych, co odmawiają, a nie donoszą.
Jeśli pięciu piłkarzom honor i wychowanie nie pozwalał na bycie z tych co biorą, to tym bardziej trudno by im było zmusić się do bycia z tych, co donoszą. Przede wszystkim to ostatnie w złym guście, a może nawet równie obrzydliwe jak to pierwsze. Nic nie poradzimy, taka polska nasza mentalność i za to jej chwała. Oczywiście nie dotyczy to wszystkich, tak jak nie wszystkich można przekupić.
Przy tej okazji powraca mi wspomnienie innej dyskusji sprzed paru miesięcy, której tematem przewodnim były możliwe zjawiska korupcjogenne w piłce nożnej. Kilku dyskutantów i odmienne oceny opisanego poniżej zdarzenia. Temat tamtej dyskusji na czasie, trwa sezon piłkarski i wchodzi w decydującą fazę. Jedni grają o awans inni bronią się przed spadkiem, a spora ilość drużyn gra o przysłowiową pietruszkę, w zależności od ligi. 
Uprzedzam, iż opis, jaki tu przytaczam, nie może stanowić donosu, gdyż był i jest  wymyślony na potrzeby dyskusji. Nie  sięgam wyżyn ligowych, a raczej obrazuję rzecz na mniejszych pieniądzach, bo w niższej klasie rozgrywkowej.
Mianowicie. Zbliża się końcówka rozgrywek sezonu piłkarskiego, na przykład w klasie „A”, gdzie z tabeli wynika, iż jest dwóch faworytów do jednego awansu - zespoły X i Y.  Drużyna X, lub jej włodarz/e, postanawia/ją z własnej kasy przeznaczyć pięć tysięcy złociszy dla innego zespołu Z za to, że ten wygra najbliższy mecz z zespołem Y.  Drużyna Z ma bezpieczne miejsce w tabeli, więc przystępuje do akcji. Jej zdaniem pobieranie premii od rywali ligowych, za wywalczone zwycięstwo, nie jest zakazane prawem.
Czy na pewno?
Drużyna  Z zastanawia się, jak wygrać z mocnym zespołem Y i zgarnąć premię od zespołu X. Znając wartość rywala, drużyna Z uważa, że w sportowej rywalizacji są nikłe szanse nawet na remis. Szkoda okazji, gdy pod nos wtykają tysiączki. Postanawiają ułatwić sobie zadanie i z pięciu tysięcy przeznaczają dwa dla kilku piłkarzy zespołu Y, w zamian za bierną postawę w meczu. Przynęty chwycone, zawodnicy biorą po pół tysiąca na łeb. Wynik na boisku sensacyjny, zespół Y przegrywa z zespołem Z, a drużyna X ucieka w tabeli rywalowi. Pomysł z premią wypalił, zamierzony efekt osiągnięty. Większość zadowolonych.
Wydawać by się mogło oczywiste, co jest korupcją w opisanych zdarzeniach, ale jak wyniknęło z dyskusji, nie do końca. Oceny dwóch uczestników były odmienne od pozostałych trzech.
Narzędziem przestępstwa były pieniądze w postaci premii, które później posłużyły do "kupna" biernej postawy na boisku kilku zawodników, może dobrych piłkarzy, ale słabych  z charakteru. Słabość ich ujawniona została przez pomysł, który zrodził się w głowie, czy w głowach ludzi, których można śmiało nazwać "ojcami chrzestnymi" opisanej korupcji, a tych temida sądowa rozlicza surowiej.

28 marca 2011

Orliki jak miód na serce

Po piątkowym występie polskiej reprezentacji piłkarskiej w Kownie, frajersko przegranej z Litwą, kiepski nastrój poprawiła mi nazajutrz wizyta w hali Com Com Zone w Krakowie.  Wybrałem się na końcowe mecze piłkarskie finału halowych mistrzostw Krakowa orlików, które po raz 50 organizowane są przez Małopolski Związek Piłki Nożnej.  Byłem pod wrażeniem gry zespołów Sandecji Nowy Sącz, Wisły Kraków i Akademii 21 Kraków.  A już mecze z udziałem jedenastolatków z Nowego Sącza tak pozytywnie wpłynęły na moje samopoczucie, że szybko zapomniałem o polskich kibolach w litewskich aresztach, dziurawej defensywie narodowej reprezentacji i  kiepskiej skuteczności eksportowych polskich piłkarzy. Nawet kolejna przegrana kadry Smudy z Grecją  nie zaszkodzi mojemu zdrowiu, gdy wspomnę sobotnie zawody z udziałem orlików. Ich gra i postawa są dla mnie jak miód na serce.

Sama radość oglądać mecze z udziałem polskich dzieci, u których ambicja idzie w parze z wyszkoleniem i często z bardzo dorosłą oceną sytuacji na halowym boisku, gdzie reakcja musi być sprawniejsza, niż na otwartej przestrzeni naturalnej murawy.  Wierzę głęboko, że nawet w trudnych polskich realiach jest możliwe przyzwoite szkolenie piłkarskie dzieci i młodzieży. Wierzę również, że z tysięcy żaków i orlików w Polsce można stworzyć w przyszłości silną seniorską reprezentację narodową, przy której nie będziemy sięgać po płyn uspokajający nervosol i za którą to reprezentacją nie będą jeździć policjanci i kibole. 

Ponoć wiara czyni cuda, lecz w cuda nie wierzę i spoglądam na rzeczywistość realnie, bez tworzenia czegoś z niczego.  A tu w hali dojrzałem to piłkarskie coś, co mnie zdumiało, zaskoczyło i dało nadzieję. Wielkie gratulacje należą się szkoleniowcom młodego pokolenia - z Sandecji, Wisły czy Akademii 21. Dla nich pochwała, a dla tych szkoleniowców, co powinni tam być i widzieć, żółta kartka.

Piszę o tym dlatego, że bardzo mało robimy, aby od nas „odkleić łatkę” bycia mistrzami niszczenia młodych talentów piłkarskich. W codziennym życiu, wokół piłki nożnej, staje się to czynnością już normalną i  przyzwyczailiśmy się do marnotrawienia wieloletnich treningów wielu setek młodych i zdolnych piłkarzy.

W polskim światku piłkarskim, bardzo dochodowym interesem jest od jakiegoś czasu handel żywym towarem. Przedmiotem handlu jest piłkarz – młodzieżowiec. Jest to smutne, ale dorośli działacze piłkarscy i szkoleniowcy dają na to zezwolenie. Zwiększa się ilość młodzieżowców w zespołach seniorów i obniża ich wiek z zamysłem rozwoju szkolenia piłkarskiego. Efekt jest żaden, a raczej odwrotny.

Już od listopada zeszłego roku Wydział Gier PZPN „dobija” się do zarządu PZPN o zmianę ilości zawodników - młodzieżowców. Między innymi w IV lidze i klasie okręgowej propozycja brzmi niewiarygodnie – udział 3 młodzieżowców w podstawowym składzie. Przy takim przepisie, każdy z zespołów tych rozgrywek powinien mieć na mecz przynajmniej sześciu młodzieżowców, trzech w podstawowym składzie, pozostałych na ewentualne zmiany. 

A co dzieje się z młodzieżowcami po skończeniu 21 lat? Większość odsyła się do rezerw lub niższych klas rozgrywkowych, gdyż zrobili swoje, a po nich szuka się następnych, bo wiek młodzieżowca szybko mija, za rok lub dwa znów włodarze klubu muszą iść …na handel. 

Z racji pełnionej funkcji związkowej zająłem stanowisko, w odrębnym piśmie, ale zdaję sobie sprawę, że opinia jednego z wydziałów regionalnego związku może znaczyć niewiele dla tych co na górze. Może się mylę, chciałbym.

A we wtorek, jeśli przegramy z Grecją w stylu litewskim, to nazajutrz wybiorę się na trening orlików w pobliskim klubie – zażyć miodu na obolałe serce.

4 marca 2011

Odszedł kolejny mistrz

Wczoraj, 3 marca, na cmentarzu grębałowskim w Krakowie odbył się pogrzeb Lucjana Słowakiewicza, brązowego medalisty ME w boksie z 1965 roku, dwukrotnego mistrza i czterokrotnego wicemistrza Polski w wadze średniej i jedenastokrotnego zdobywcy lauru najlepszego pięściarza Krakowa w swojej wadze. Stoczył 382 walki, odniósł 322 zwycięstwa, 8 remisów i 52 porażki. Reprezentował, przez 13 lat, barwy Hutnika Nowa Huta, od 1958 do 1971 i z tym klubem zdobywał drużynowego mistrza Polski w roku 1964 i 1967. Miał 75 lat.
Synowie Lucjana, Andrzej i Waldemar, nie poszli w ślady ojca. Uprawiali piłkę nożną, Andrzej z dużo lepszym skutkiem, grał w swojej karierze w klubach Ekstraklasy. Obydwaj są trenerami futbolu, starszy Andrzej przebywa w zagłębiu lubińskim, młodszy Waldemar w Krakowie.
W ostatnim pożegnaniu uczestniczył i zabrał głos inny wielki bokser Jerzy Rybicki, obecnie prezes Polskiego Związku Bokserskiego. Karierę zawodniczą Lucjana przypomniał Wojciech Gorczyca, dziennikarz, wielki sympatyk boksu i piłki nożnej. Wśród obecnych na ceremonii pogrzebowej można było dostrzec wspaniałych w przeszłości bokserów i oczywiście pożegnali Lucjana kibice boksu, którzy pamiętają Słowakiewicza jeszcze z czasów Hali Garaży w Nowej Hucie. Niektórzy poznawali się po długim zastanowieniu, bo wielu z nich nie widziało się przez dziesiątki lat.

2 marca 2011

Marzenia spełnione, ratunku brak

Wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że Ludowy Klub Sportowy Kmita  Zabierzów dołączy do grona tych organizacji sportowych, których nie będzie już na mapie centralnych rozgrywek piłkarskich.
Na początku XXI wieku zamarzył się włodarzom Kmity wielki futbol w niewielkiej gminie Zabierzów. Po osiągnięciu futbolowego apogeum okazało się, iż było to przedsięwzięcie ponad stan finansowych możliwości.  Kiedy nastąpiło otrzeźwienie wśród właścicieli i sponsorów klubu, było za późno.

Dziesięć lat temu LKS Kmita Zabierzów rozpoczął sportowy marsz w górę po stopniach ligowej drabinki.  Awans seniorów z „A” klasy do okręgówki w roku 2001, kolejny w roku 2003 do IV ligi, a rok później do III ligi. W tej ostatniej zaledwie dwa rozegrane sezony, by już w roku 2006 wraz ze Stalą Stalowa Wola awansować do II ligi. Jednak to nie był cel – marzenie i Tiger Kmita Zabierzów w roku 2008 znalazł się w składzie zespołów I ligi, a głównie za sprawą reorganizacji centralnych rozgrywek. To był początek końca.
Wyższa liga, wyższe apanaże, wyższe koszty utrzymania zmodernizowanej infrastruktury sportowej, coraz dalsze wyjazdy na zawody ligowe, licencyjne wymogi i coraz większe finansowe zadłużenie spowodowało, iż ciężar tych obciążeń był nieproporcjonalny do zapotrzebowania środowiska zabierzowskiego na futbol. Nasilający się głos opozycji miejscowego samorządu, sprzeciw wobec wymagań włodarzy klubu i w efekcie nastąpiło tak zwane zjawisko przemęczenia materiału, regres, i nagły spadek sportowy zespołu seniorów Kmity z I  do III ligi.  Zmienionemu zarządowi  klubu starczyło wysiłku na półtora sezonu gry seniorów w małopolsko-świętokrzyskiej III lidze.  Runda wiosenna 2011 będzie już bez udziału seniorów zabierzowskiego klubu.

Kmicie pozostała młodzież.  Juniorzy starsi  występują w Małopolskiej Lidze, juniorzy młodsi w I lidze, trampkarze starsi i młodsi w III lidze i do tego dwie drużyny orlików i żaków. Pewnie wszystkie te zespoły dograją obecny sezon piłkarski, chociaż gwarancji na dziś nie ma. Kmita Zabierzów ma po prostu kłopoty z zadłużeniem i komornikiem, a ten zablokował konto bankowe, na które Urząd Gminy środków dotacji na młodzież nie przeleje.

To kolejna lekcja o konsekwencjach budowy wielkiej piłki tam, gdzie tradycje mizerne i zapotrzebowanie niewielkie. Kraków jest na tyle silnym ośrodkiem piłkarskim, że wokół jego granic nie powiedzie się inwestycja w klub futbolowy wysokich lotów. Ostatnia dekada odkryła te prawdy w Niedźwiedziu, Proszowicach, Wolbromiu i Jerzmanowicach.  Niepokojące są wieści z Wieliczki o kondycji tamtejszego Górnika, oraz MKS Alwernia.  Znane są problemy z odtworzeniem futbolowej teraźniejszości na miarę  historycznego Hutnika Kraków z jego najlepszych lat i perypetie z nieruchomościami Garbarni Kraków, a ten ostatni już blisko bram drugoligowych rozgrywek. Póki co, problemów tych jeszcze nie ma w LKS Puszcza Niepołomice, który pierwszy sezon występuje w II lidze i oby jak najdłużej. Jeśli w tej z najbogatszych gmin kraju powtórzą się scenariusze o futbolowych marzeniach włodarzy z przywołanych tu miejscowości, nie będzie niespodzianki, a tylko spełnieniem pewnej reguły.